Jeśli konstruktor lata temu przeszedł na wejściu do firmy trzygodzinne szkolenie z Design for Assembly (DFA) i zapamiętał, że powinno być jak najmniej części w złożeniu, to zgaduje, że to raczej teoretyczna znajomość tematu. Z całym szacunkiem do jego doświadczenia i osiągnięć. Niby zna i był przecież na szkoleniu, ale niekoniecznie jego projekty tą znajomość odzwierciedlają. Bo on sam nie widzi co może być jeszcze prostsze, bo przecież wszystko jest tam potrzebne - cokolwiek usunę to nie będzie dobrze. A można głębiej, nie chodzi mi o odświeżenie pamięci pewnych rodzajów połączeń, choć to też jest cenne. Chodzi mi o zmianę postawy i inżynierskich przyzwyczajeń. Jeśli konstruktor ma taką głęboką świadomość - ile potem firma zaoszczędzi, bo zamiast wpakować masę wkrętów (co jest szybsze i bezpieczne), to kombinował i części jest teraz sporo mniej, to jesteśmy bliżej tego co jest tą bardziej praktyczną znajomością DFA. A jeśli jeszcze szef tego konstruktora zatrzyma go i powie - aż tak się nie spiesz bo "first design is never best" i projektujący inżynier będzie miał dodatkową motywację i satysfakcję, że ktoś głęboko używa i szanuje jego kompetencję to mamy komplet: 1) Głęboką świadomość konstruktora z umiejętnościami + 2) przestrzeń do używania DFA, z zachętami od środowiska pracy. A to już jest level master: Konstruktor potrafi schować swoją dumę i ulepszyć projekt, który był jego "cudownym dzieckiem" oraz ma za sobą doświadczenia, że warto zaczynać od niemożliwych wyzwań typu: jak skomplikowaną całość załatwić jedną częścią, mimo że od samego początku widać, że przecież się nie da. No i jeszcze, żeby managerowie to potem zauważali i szanowali - to level master środowiska pracy.
